Powiatowy Zespół Szkół w Lędzinach jest szkołą promującą postawy proekologiczne, dlatego już po raz czwarty zaprosił uczniów śląskich gimnazjów do udziału w Wojewódzkim Konkursie „Pozyskiwanie czystej energii,… no właśnie skąd?”.

W IV edycji konkursu zwyciężyli uczniowie Gimnazjum nr 7 z Oddziałami Integracyjnymi im. A. Mróz Olszewskiej w Tychach: Julia Hantulik i Paweł Kmiecik, którymi opiekował się pan Daniel Kopiński. Zwycięzcy na zaproszenie Posła do Parlamentu Europejskiego Pana Jerzego Buzka wyjechali na tygodniową wycieczkę do Brukseli.

A oto niezwykła relacja z pobytu, przesłana nam przez Julię:

Bruksela 12.04-16.04

Relacja

Wyjazd do Brukseli był nagrodą w konkursie „Pozyskiwanie czystej energii, no właśnie skąd…?” organizowanym przez Powiatowy Zespół Szkół w Lędzinach. Wraz z Pawłem Kmiecikiem, z którym miałam tam jechać, byliśmy bardzo ucieszeni perspektywą wycieczki; jednak można też rzec, że byliśmy lekko zestresowani wiedząc, że nie znamy nikogo z pozostałych uczestników. Początkowy lęk, który odczuwałam przed samym wyjazdem i myślą spędzenia 5 dni wśród obcych ludzi, już pierwszego dnia zwiedzania zamienił się w euforyczne podejście do najlepszych dni mojego życia (tak, wiem to już się robi nudne, ale tak – kolejne najlepsze dni).

Najlepsze w tej wycieczce było to, że kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jadąc do Pragi czy Paryża każdy z nas wie, co będziemy zwiedzać i co zobaczymy, a teraz pomyślcie, z czym kojarzy się wam Bruksela? No właśnie. Jak pewnie część z was, ja miałam pustkę w głowie i może jedyne, co mogłam wymienić to to, że jest tam Parlament Europejski. Nie byłam do końca przekonana, czy mi się spodoba i wręcz sądziłam, że mojej wcześniejszej wycieczki do Paryża nie przebije nic, a jednak teraz odpowiadając, które miasto lepsze, miałabym niezły dylemat i w końcu wybrałabym… Brukselę. TAK! Ja, Julia Hantulik, bezgranicznie zakochana w Paryżu, zostawiam go dla Brukseli. Niemożliwe, a jednak. Każdy z was, mając takie wspomnienia jak my, oddałby serce, a wręcz zaprzedał duszę miastu pokus wszelakich.

Na początku, gdy wsiedliśmy do autokaru, przeżyliśmy szok. Byłam naprawdę wstrząśnięta, przerażona i ogólnie zmieszana, ponieważ byliśmy najmłodsi, a gimnazjalistów można było policzyć na palcach jednej ręki. Zaczęło się ciekawie. Autokar pełen maturzystów, studentów i emerytów. Myślałam, że się wynudzimy, bo gdzie tam my do takich ludzi. Nic bardziej mylnego.

Podróż sama w sobie była dość przyjemna, trwała raptem 15 godzin, co było nawet do zniesienia. Wyjeżdżaliśmy około godziny 19, więc nim minęliśmy granicę, ja zapadłam w sen, co było chyba wymarzoną opcją mojego kompana wycieczkowego, bo nie musiał słuchać mojego paplania.

Po tych kilkunastu godzinach drogi naszym pierwszym punktem programu było studenckie miasteczko Leuven. Widzieliśmy przepiękny ratusz i równie piękny kościół w centrum miasta. Przyznam, że zwiedzając to miasteczko, zachciałam w takowym studiować. Naprawdę ta „naukowa” atmosfera miała na mnie zbawienny wpływ. Pozwiedzaliśmy, zobaczyliśmy Beginaż, mieliśmy dużo czasu wolnego, więc pozwiedzaliśmy, po czym wsiedliśmy do autokaru by znaleźć się w końcu w upragnionej Brukseli.

Gdy dojechaliśmy do hotelu, czekały na nas pokoje, więc zostawiliśmy rzeczy w pokoju i czym prędzej ruszyliśmy na kolację. Jeszcze przed posiłkiem dowiedzieliśmy się, że nasz przewodnik zachęca wszystkich na wieczorny spacer po Brukseli. Byliśmy nieco zdziwieni możliwością samotnego zwiedzania tak ogromnego miasta, ale jak się potem okazało to był najlepszy punkt całej wycieczki. Wieczorne spacery po Brukseli okazały się lepsze niż całodniowe zwiedzanie. My niepełnoletni mieliśmy się tylko trzymać kogoś dorosłego. Ha, tylko jak się kogoś trzymać jak się nikogo nie zna? Okazało się to prostsze niż mógłby się ktoś spodziewać. Wystarczyło się zapytać „Skąd jesteście?”, a następnie „Z jakiego konkursu?” potem BUM! i już masz znajomych. I tak poznaliśmy świetnych kumpli i pierwszego wieczoru poszliśmy poznać miasto od kuchni.

Następnego dnia zaczynaliśmy poznawanie Brukseli z przewodnikiem. Zaczęliśmy od Atomium. Jest to zbudowany w 1958, 103-metrowy model kryształu żelaza. Oczywiście będąc najwyżej zdałam sobie sprawę, że nie lubię wysokości, ale wraz z pomocą nowo poznanego kolegi udało mi się w lepszym lub gorszym stanie zejść na dół. Następnie zobaczyliśmy Katedrę św. Michała i św. Guduli – przypominała ona bardzo Notre-Dame w Paryżu, lecz ta – mniej znana – wydała mi się piękniejsza. Następnie widzieliśmy Pałac Królewski, który był prze przeprzepiękny, ale w sumie to jak mój towarzysz zauważył, ja się zachwycam wszystkim dookoła, więc co ja tam wiem. Później mieliśmy mnóstwo czasu wolnego na Wielkim Placu, z najpiękniejszą budowlą: Domem Króla. Podczas tego czasu wolnego odwiedziliśmy z Pawłem wiele, wiele sklepów, a także muzeum czekolady, w którym wraz z emerytami opanowaliśmy kolejkę do darmowej czekolady. Wierzcie, tak dobrej czekolady to ja jak długo żyję nie jadłam, a czekoladę to ja już „z niejednego pieca jadłam”. Reszta dnia przebiegła bez rewelacji, a potem toczyło się wszystko normalnie, czyli kolacja i wyjście na miasto z naszymi nowymi znajomymi. W sumie to ostatniej nocy było najlepiej. Spędziliśmy wiele, wiele godzin na Wielkim Placu, wśród masy ludzi, którzy tak samo jak my tam chillowali. Mam wrażenie, że w Brukseli czas płynie inaczej. Ostatnia noc to była stanowczo moja ulubiona noc całego mojego błogosławionego życia. Spędziłam czas na uliczkach z restauracjami, wszędzie płonącymi świeczkami i szefami kuchni zapraszającymi do swoich restauracji; jedząc tamtejsze specjały oraz słuchając muzyków grających obok naszego stolika, byłam tak urzeczona okolicą, że dałam się naciągnąć na puszkę coli za 2 euro. A tak naprawdę, to był to najpiękniejszy czas całej wycieczki. Uliczka mieniąca się milionami barw, tysiącami zapachów i setkami dźwięków, była jak ze snów (bądź filmów). Jak dla mnie czas mógłby się wtedy zatrzymać i sprawić bym mogła ciągle powracać do tej chwili, bo chwile takie jak ta zapierają dech w piersiach, a jak wiadomo życia nie liczy się ilością oddechów, lecz chwil, które zapierają dech w piersiach. Muszę, wprost muszę, przytoczyć cytat z mojej ulubionej książki, który opisuje mój stan w tamtym miejscu, albowiem siedząc tam i widząc to wszystko wszystkie chwile mojego życia ocknęły się i zdały sobie sprawę, że nigdy nie będą tak ważne, jak ta. Nasze zwiedzanie tego pięknego miasta skończyło się o takiej porze, że bliżej było do rana, więc na wpół przytomna ruszyłam do hotelu.

Ostatniego dnia wyjechaliśmy już poza Ring do bardziej nowoczesnej dzielnicy Brukseli. Tam ruszyliśmy w stronę Łuku Triumfalnego i NA BOGA! ten Łuk był WOW! Ogromny, fantastyczny, piękny. Byłam w szoku, że ten francuski jest tak sławny, a według mnie mógł się schować za tym brukselskim.

Potem przyszedł czas na muzeum Armii, i przyznam, że to było najlepsze muzeum w jakim byłam [nie liczę oczywiście muzeum figur woskowych w Paryżu, bo gdzieżbym śmiała stawiać armię obok mego męża Harrisona Forda (tak, musiałam o nim wspomnieć)]. Tyle broni co tam było, tyle umundurowania, pojazdów militarnych oraz samolotów w życiu nie widziałam na jednym miejscu. Było to absolutnie fantastycznie wspaniałe. I najważniejsze: był tam czołg, w którym Harrison Ford jeździł w trzeciej części Indiana Jones. Czy to nie przypadek, że co wycieczkę spotykam coś związanego z nim? To przeznaczenie.

Po tych atrakcjach udaliśmy się do Parlamentarium; było to muzeum o historii zjednoczonej Europy. Muzeum było bardzo, bardzo nowoczesne i ogromnie ciekawe. Następnie zaplanowane było wejście do Parlamentu Europejskiego oraz spotkanie z Panem Jerzym Buzkiem. Spotkanie było rewelacyjne. Polityka w żadnym bądź razie nie jest nudna, a w rzeczywistości ludzie polityki światowej to świetni ludzie. Myślę, że każdy z nas wyniósł coś ważnego dla siebie z tego spotkania (oprócz torby z prezentami od Pana Buzka oczywiście). Zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy do autokaru.

O dziwo podczas wyjazdu nie byłam smutna. To miasto odcisnęło się w moim sercu i wiem, że w przeciągu paru lat znów tam powrócę.

Leave a comment